Minęły dobre dwie godzin i dochodziło właśnie południe tego pochmurnego dnia, gdy grupka stanęła pod murem zewnętrznym. Miejsce poczynało się sypać i to w tempie dość szybkim jak na efekt postępu czasu. Dziwnie szybkim. Miejscami ściany obracały się już w gruz porastany gęstym bluszczem i chwastami. Tu i ówdzie brakowało kamienia, sypały się spoiny lub krzaki rosły na metry. Fort sprawiał wrażenie opuszczonego przez dziesiątki lat, co dla grubego, solidnego muru nie było wielką szkodą rzecz jasna, ale sam fakt dziwił.
Mniejsza z resztą o fort, przyjrzeć się należy grupce, które tu przywędrowała. Grupce dość, przyznać trzeba, nietypowej do takiej miejsca i do zadania, jakie miało tu zostać wykonane. Drużyna składała się bowiem między innymi z jubilera, kapłanki, zielarzy, górnika i morskiego wilka, któremu zapewne łatwiej jest już machać szablą na chybotliwej łajbie niż na pewnym gruncie. Prócz tego byli również magowie oraz paru klanowych rębajłów w liczbie pięciu, mających pełnić rolę ochroniarzy tych mniej w bitce przydatnych.
Przejście wewnątrz murów było tylko jedno i było chronione jedynie chwastami i krzakami, które nie wiedzieć czemu, akurat w tym miejscu wyrosły obficie jak nigdzie. By iść dalej, należało zejść z koni, co też drużyna była zmuszona uczynić. Nieco głębiej fortu ściany były zdecydowanie w lepszym stanie. Sporo było jednak zielska, które przebijało się między kamieniami uściełającymi ziemię, a czasem nawet te kamienie podsadzając.
Dalej drogi były dwie. Jedna prowadziła do potężnych wrót na wprost dziedzińca i wszystko podróżnikom mówiło, że jest to zejście do podziemi. Należy zaznaczyć, że wrota były w świetnym stanie i wyglądały jakby były wstawione nie dalej jak wczoraj. Drugą drogą były podniszczone schody prowadzące na piętra. I w momencie, gdy należałoby się zastanowić, którędy iść, wszyscy usłyszeli głos:
- Ha, wędrownicy!
Nagle się okazało, że na samej górze schodów stoi postać. Postać nieduża, łysa i pomarszczona. Postać staruszka. Zanim grupa zaczęła się zastanawiać, jakim cudem nie widzieli go wcześniej, ten odezwał się ponownie:
- Wędrownicy tutaj przyszli, a myślałem, że, hm... żywego ducha tu nie zobaczę. - Uśmiechnął się. Nawet ze sporej odległości widać było, że staruszek zupełnie nie ma zębów. Wsparł się mocno na krótkiej lasce, która była chyba jedynie zwykłym patykiem. Na tyle krótkim, że nie wiadomo było, czy staruszek garbi się, by się na niej wesprzeć, czy też garbi się, bo... bo się garbi.
Użytkownik Darthen edytował ten post 04 June 2010 - 12:31

Logowanie
Rejestracja
Pomoc


Do góry
Cytuj






