- (5 strony)
-
- 1
- 2
- 3
- →
- Ostatnia »
Gdzie drwa rąbią...
#1
Napisano 28 June 2010 - 19:52
W pośpiechu, a właściwie w panice, narzucił na siebie podróżne ubranie i złapał torbę, która teoretycznie zawierała wszystko, co Milard powinien ze sobą zabrać. Wybiegając z kamienicy, niczym kochanek nakryty z cudzą żoną, puścił się pędem w stronę wschodniej bramy, skąd mieli wyruszyć. Wiedział, że w umówionym miejscu czeka już garstka drwali, którzy mieli uzupełnić braki na wycince. Rośli mężczyźni podejrzliwie przyglądali się dość nietypowej kompanii, która ponoć miała zapewnić im ochronę. Im dłużej Milard opóźniał swoje przybycie, tym drwale stawali się coraz śmielsi i od podejrzliwości przeszli do uszczypliwych komentarzy... głównie w kierunku Lhonny. Wszak kobieta na wycince to była rzadkość, szczególnie kobieta zadbana i o drobnej posturze. Nic dziwnego, że w głowach prostych drwali nie chciało się pomieść to, że to ONA ma ochraniać ICH. Gerhard też usłyszał co nie co na temat swojego młodego wieku. Jednak gdy na miejsce przybiegł zziajany, spocony i wybłocony Milard natychmiast ściągnął ich uwagę. W mgnieniu oka zapomnieli o ochroniarzach i zaczęli utyskiwać na spóźnialskiego zastępce zarządcy, który wyglądał teraz jak siedem nieszczęść. Nawet wiejski głupek był w stanie zauważyć, że rządca Guillere nie cieszy się szczególnym autorytetem wśród pracowników wycinki. Breton unikając konfrontacji z drwalami, żeby jeszcze bardziej nie kompromitować się w oczach piątki najemników pośpiesznie, jeszcze sapiąc po niedawnym biegu, zwrócił się do świeżo mianowanych ochroniarzy:
- Przed zmierzchem powinniśmy dotrzeć na wycinkę, waszym zadaniem na teraz jest dopilnowanie aby podróż przebiegła spokojnie. Jakieś pytania? – wydyszał, po czym niepewnym tonem zwrócił się do Lhonny, rozbieganymi oczami błądząc po twarzach całej piątki – Czy chce pani jechać na wozie? - zapytał wskazując na furmankę, do której ładowali się drwale.
#2
Napisano 28 June 2010 - 21:22
- Ja mam jedno. Wiadomo, przed czym będziemy bronić drwali?
#3
Napisano 28 June 2010 - 21:44
- I ile tego cholerstwa tam jest? - dorzucił swoje pytanie do tego, które zadał Gerhard.
#4
Napisano 28 June 2010 - 21:55
- Od dawna macie te... problemy? - Bosmer był wyraźnie zainteresowany. Sam kiedyś pracował na tej wycince i nie przypominał sobie podobnych wypadków, wręcz przeciwnie - zawsze było nad wyraz spokojnie.
#5
Napisano 28 June 2010 - 21:57
Właściwie cała rzecz o „ochranianiu” niewiele ją zajmowała. Dwa dni temu otrzymała informacje o kłopotach na wycinkach, a ponieważ była w pobliżu postanowiła sprawdzić zasłyszane pogłoski. Jako kupiec czerpała zyski z pośrednictwa w handlu drewnem, toteż przestoje nie były po jej myśli. Dopóki to były drobne, lokalne problemy nie rzutowały na wahania cen. Sęk w tym, że sytuacja ze znikaniem drwali odbiła się echem dość mocno w całym Leyawiin, a to mogło wskazywać, że sprawa jest poważniejsza.
Czego się dowie, to jej, a ostatecznie będzie mogła wygarnąć zarządcy braki w jego fachu, jeżeli dostawy nie zostaną utrzymane na regularnym poziomie. Z takim zamierzeniem uszykowała się na podróż i stawiła pod wschodnią bramą, wcześniej nawet niż było trzeba, gdyż nie lubiła się spóźniać.
Gdy przy zgromadzonych pojawił się zziajany Breton, obrzuciła go taksującym spojrzeniem. W obecnej chwili nie wyglądał nazbyt kompetentnie, ale z pewnością można było odeń oczekiwać więcej niż od drwali. Również w kategoriach dobrego wychowania.
- Dzień dobry panie... Bretonie. – zaczęła tonem z nutą pretensji. - Całkiem niezły dzień na podróż i nie, niech się nie czuje pan winny za swe spóźnienie.
Mimo że od jakiegoś czasu nie prowadziła już wygodnego i monotonnego życia - jak wcześniej - skupionego na „wędrówkach” między swą willą a rynkiem, nadal nie wyzbyła się starych nawyków . A te kazały jej oczekiwać od innych powitania i przeproszenia, jeśli przyszło się poniewczasie. Niemniej, zerkając w stronę furmanki, kontynuowała:
- Jak rozumiem innego środka transportu, prócz własnych nóg, do wyboru nie mam?
#6
Napisano 29 June 2010 - 11:44
Stał w milczeniu wsród grupki najemników, których lustrował wzrokiem. Spoglądał na Vala, widocznie zaprawionego w rzemiośle, na Gerharda którego ciężko było mu ocenić pod kontem przydatności w boju, aż nareszcie na Lhonnę, domyslił się że kobieta nie będzie miała zbytniego udziału w walce, wiedział że albo jest magiem albo swego rodzaju urzędnikiem, w każdym razie w jego prostym, żołnierskim mniemaniu była kolejną osobą której zapewnić trzeba było przetrwanie. Po nim samym widać było że przeżył sporo, cały odziany w stal, nie miał praktycznie żadnych zbędnych przedmiotów, nic poza mała skórzaną torbą leżącą za nim na dużej stalowej tarczy. Widać było także że nie lubił postojów i niezdecydowania. Gmerał przy pasie na którym uwieszona była pochew miecza, poprawiał płytę napierśnika kreśląc w powietrzu koliste ruchy ramieniem. Nagle postawił krok do przodu, zbliżając się do zarządcy.
Może już wyruszymy – oznajmił niecierpliwie, wlepiając w niego wzrok. - Możemy przecież porozmawiać jadąc na wycinkę.
#7
Napisano 29 June 2010 - 13:19
- Przed dziką zwierzyną - uśmiechnął się nieporadnie i dodał - Od czasu rezygnacji Łowczego Leyawiin, nie ma kto zarządzić porządnego polowania i zwierz się mnoży na potęgę - zachichotał nerwowo spoglądając to Fervadara to na Vala, mając nadzieję, że to wystarczająca odpowiedź również na ich pytania. - W zaistniałej sytuacji nie możemy czekać aż hrabia wybierze następcę - zakończył, zniżając głos do ledwie słyszalnego szeptu. Pokrywając się jeszcze czerwieńszym rumieńcem, zwrócił się do Lhonny - Niestety nie dysponujemy żadnym powozem - powiedział i nie czekając na odpowiedź czmychnął w kierunku wozu, puszczając uwagę Isceenota mimo uszu.
Mimo iż Cesarski został zignorowany przez Milarda, spokojnie mógł stwierdzić, że to iż w końcu znaleźli się na szlaku prowadzącym do wycinki Atatar było poniekąd jego zasługą. Młodzik, który nie wiedzieć czemu piastował stanowisko asystenta zarządcy, prawdopodobnie gdyby nie 5 par obcych oczu uważnie mu się przyglądających straciłby pół dnia na okiełznanie drwali i wyruszenie. Na szczęście teraz byli już w drodze. A trzeba przyznać, że droga wyglądała spokojnie. Słońce, które po wielu dniach namysłu postanowiło jednak pojawić się na niebie, prześwitywało przez korony drzew, zalewając szeroką ścieżkę pląsającymi refleksami. Z gęstwiny lasu dobiegały radosne trele ptaków i ciche mruczenie jakiegoś uśpionego zwierza. Nic nie wskazywało na to żeby w okolicy grasowały żądne krwi bestie...
#8
Napisano 29 June 2010 - 21:42
- Chędożony zielarz... - wymsknęło mu się na głos, gdy tylko o nim wspomniał. Jeżeli tylko coś się z jego kochanym stateczkiem stanie, to wtedy karczmarz będzie mógł podawać nowy specjał, a nad kominkiem powiesić parę dunmerskich uszów.
#9
Napisano 30 June 2010 - 13:33
- Jestem nad wyraz ciekaw tej dzikiej zwierzyny. - rzucił z przekąsem spoglądając kątem oka na Bretona.
Użytkownik VDM edytował ten post 30 June 2010 - 16:22
#10
Napisano 30 June 2010 - 15:31
Niemniej na wozie wolała pozostać w pobliżu asystenta, ale również na tyle blisko drwali, by ewentualnie usłyszeć o czym plotkują między sobą. I miała szczerą nadzieje, iż nie będą to rozmowy na jej temat.
Pozostali członkowie grupy sprawiali na razie wrażenie nieprzystępnych. Nie sądziła też, że znajdzie z nimi wiele wspólnych tematów, choć nie wykluczała, iż sytuacja może się odmienić. Byli to mężczyźni zaprawieni w boju, co wnioskowała po ich wyglądzie oraz wyposażeniu i oczekiwali chyba raczej bitki miast elokwentnej konwersacji. Jedynie najmłodszy Cesarski wydawał się sympatyczniejszy. Z kolei czerwone oczy Dunmera napawały ją bliżej nieokreślonym niepokojem, toteż nie mogła nań za długo patrzeć.
Tak sobie właśnie rozmyślała podczas podróży o poszczególnych kompanach, raz po raz zerkając na każdego. Czasem próbowała wychwycić strzępy rozmów drwali, lub wychyliwszy się nieco z wozu wpatrywała się w gęstwinę.
#11
Napisano 30 June 2010 - 18:13
- Może wolałaby pani, zamiast tłoczyć się na wozie, pojechać na mojej szkapie?
#12
Napisano 30 June 2010 - 22:28
#13
Napisano 01 July 2010 - 07:59
- Jakkolwiek twoja propozycja panie jest wielce uprzejma, muszę odmówić. Gdyby zdarzyło się, że z lasów zaiste wychynie dzika zwierzyna, będzie lepiej jeśli ty panie pozostaniesz w siodle a ja tutaj na wozie.
Chociaż nie wydawało jej się prawdopodobne, że zostaną zaatakowani szybko – o ile w ogóle zostaną zaatakowani - lepiej jednak być przygotowanym. Posłała jeszcze jeden uśmiech w stronę Cesarskiego po czym przeniosła wzrok na człowieka, który do nich dołączył. Jemu również uprzejmie skinęła głową.
- Jestem kupcem – odparła, tak jak czyniła zawsze, gdy pojawiało się podobne pytanie. - A jeżeli o walkę idzie, sądzę że to jak się walczy zależy w dużej mierze od tego z kim się walczy. Wszak, jak mniemam, co innego stanąć z jednym przeciwnikiem na ubitej ziemi, co innego mierzyć się z watahą... czegokolwiek, a jeszcze inaczej gdy trzeba „pokonać” skorumpowanego urzędnika.
Kończąc zdanie odruchowo musnęła dłonią przytoczoną do pasa sakiewkę. Znać w walce ze skorumpowanymi urzędnikami miała niejakie doświadczenie.
#14
Napisano 01 July 2010 - 13:19
Val spoglądając na młodego Bretona odniósł wyrażenie, że ten nieco pobladł słysząc jego uwagę. Być może był to typ człowieka nad wyraz nieśmiałego, u którego najmniejsze zainteresowanie jego osobą wywoływało stres, a być może, tak jak Lhonna podejrzewała, bardziej od wszystkich bał się tego co czyha na drwali? Natomiast sami drwale na wzmiankę o dzikich zwierzętach zaczęli wymieniać między sobą porozumiewawcze pomruki, z których Lhonna mogła wychwycić tylko pojedyncze słowa: jakby niedźwiedź... krew... ubranie... głowa... Szybko jednak umilkli, orientując się, że wóz nie skrzypi wystarczająco, żeby zagłuszyć ich rozmowy. I teraz oni zaczęli przysłuchiwać się jej rozmowie z Gerhardem i Isceenotem.
Trzeba przyznać, że żądni przygód najemnicy mogli się poczuć nieco rozczarowani, gdyż mijały kolejne godziny podróży, a z lasu cały czas nic nie nadchodziło. Gdy słońce powoli zaczęło znikać z nieboskłonu, w końcu dotarli na miejsce. Obóz drwali sprawiał wrażenie spokojnej osady, gdzie życie toczyło się monotonnym trybem. Droga, którą jechali wjeżdżała do obozu od zachodniej strony i prowadziła dalej na wschód do lasu. Po prawej stronie, zaraz przy wjeździe przytuliła się niewielka kuchnia polowa z kilkoma dużymi ławami zbitymi z solidnych dębowych desek. Kawałek dalej stał spory drewniany budynek, który zamieszkiwali drwale. Po lewej stronie znajdował się chatka, w której zapewne rezydował zarządca lub jego zastępca, a kilkanaście jardów dalej stała solidna zagroda, gdzie trzymano woły, dużo lepiej nadające się do transportu drewna niż konie. Pracownicy wyrębu najwyraźniej zakończyli już dzisiaj pracę i teraz część z nich siedziała na na drewnianych ławach, kończąc wieczorny posiłek, a pozostali kręcili się po obozie bez bliżej określonego celu.
Na powitanie wyszedł im Nord, jeden z drwali, który najwyraźniej pełniący funkcję zastępcy zastępcy zarządcy. Skinął Milardowi i najemnikom głową. Wyraźnie był to człowiek czynów, a nie słów, gdyż po krótkiej wymianie zdań z Bretonem zajął się nowo przybyłymi drwalami. Milard natomiast zwrócił się do najemników:
- Jesteśmy na miejscu. Nie będę ingerował w waszą pracę... Do was należy ochranianie obozu i wy się na tym najlepiej znacie – Breton spuścił głowę, zdając sobie sprawę, że pewnie nie takich instrukcji oczekiwali najemnicy i szybko dodał - Tak ja wszystkim przysługują wam trzy posiłki dziennie – ruchem głowy wskazał na kuchnię, po czym zachichotał i dodał – Jedzenie nie jest najgorsze, ale radze wam sprawdzać czy w chlebie nie ma karaluchów. Jeżeli chcecie możecie spać razem z drwalami... Rozumiem, że pani może woleć osobną... sypialnie... - zwrócił się do Lhonny - więc mogę się z panią zamienić – czerwieniąc się, niezgrabnym gestem wskazał niewielki domek.
#15
Napisano 01 July 2010 - 21:29
I jak powiedział, tak uczynił. Trzeba przyznać Lhonnie racje, przecież rycerze najczęściej walczą konno. Gdzieś nawet słyszał, że rycerz to w pewnym starym języku znaczy właśnie jeździec. Jednak jego obowiązkiem było zaoferowanie damie wierzchowca, więc nie miał do siebie zbytnich pretensji o krótkowzroczność. Potem odpowiedział na pytanie Isceenota:
- A po rycersku walczę. Sporo potrafię machać wszystkim tym, co ze sobą wziąłem, choć moją faworytką jest lanca, choć trzeba konia, żeby jej użyć.
Wypowiedział te słowa z dumą. Koniec końców ćwiczył z najlepszymi skingradzkimi rycerzami, właściwie żywymi legendami! Był wyjątkowym wojownikiem, tego był pewien.
- Dziwi mnie, pani, że skoro jest pani kupcem, to czemu pani przybyłą by chronić drwali? Nie sądzi pani, że to trochę niebezpieczne?
Dodał, prawie szepcząc, świadomie nie chcąc dostarczyć amunicji drwalom. Może miała jakiś ważny interes na wycince? Albo ktoś z jej rodziny zaginął na wycince i... Chociaż co by ktoś taki robił wśród drwali? Przecież nie wyglądała na biedną.
W każdym razie, kiedy dotarli do obozu, Gerhard był zaskoczony. Był sporo większy, niż mu się wydawało! Czegoś takiego nie zaatakuje byle co, a na pewno nie zwierzęta, no, chyba że zimą, żeby zjeść woły. Jeśli naprawdę będą musieli bronić obozu drwali, to na pewno przed jakąś większa siłą. Rozejrzał się po okolicy. Właśnie miał zaproponować zorganizowanie zwiadu, kiedy zdał sobie sprawę, że już jakiś czas temu zaszło słońce, a on w czasie podróży zdążył zgłodnieć. Postanowił zatem przełożyć wycieczką po okolicy na dzień następny.
- Nie wiem, jak wy, ale ja mam zamiar zjeść te dwa zaległe posiłki, które ominęliśmy przez podróż!
Zsiadł z konia, którego przywiązał do... Hmmm... Drzewa, niedaleko zagrody wołów. Potem ruszył do kuchni, żeby zjeść swój posiłek.
#16
Napisano 02 July 2010 - 01:38
Gdybym wiedział że będziemy tu siedzieć, wziąłbym coś do picia – mruknął pod nosem. Mówiąc “coś do picia” nie miał na myśli wody, którą miał. Myślał raczej o piwie, lub w ostateczności winie.
Wrócił do miejsca w którym jeszcze chwilę temu wysłuchiwali instrukcji bretona. Rozejrzał się do okoła, drzewa wokół szumiały, z oddali dochodził śpiew ptaków, słońce chowało się za horyzontem, zasnuwając nieboskłon mrokiem, nic nie zapowiadało niebezpieczeństwa. Wiedział jednak że prędzej czy później coś się wydarzy, a gadka zarządcy o dzikiej zwierzynie to dym w oczy. Przecież drwale mimo iż nie żołnierze, to siekierami machają codziennie, więc siły pewnie im nie brak. Lecz w obecnej chwili na wycince panowała nuda, przynajmniej dla cesarskiego. Drwale zajmowali się swoimi sprawami, reszta najemników także jakos sobie radziła, tylko on niemiał co ze sobą zrobić. Chwilę kręcił się po placu, rzucając wzrokiem na zmianę, to po budynkach, to po otoczeniu. Zdecydował że zrobi pętle wokół wycinki, licząc że znajdzie po drodze coś ciekawszego do roboty.
#17
Napisano 02 July 2010 - 18:56
Gdy dotarli na miejsce z pewną ulgą zeszła z wozu. Wycinka nie zrobiła na niej ani małego, ani dużego wrażenia, ot po prostu wycinka, jak wiele innych. Niemniej słuchając instrukcji Bretona jej wzrok błądził między ludźmi a budynkami. Nie była pewna, co powinna uczynić najpierw, toteż po słowach zastępcy zarządcy na temat spania, doszła do wniosku, że odpowiednie zakwaterowanie się powinno być priorytetem. A bynajmniej nie miała ochoty spędzić nocy wśród drwali, lub co gorsza wołów.
- Tak, z przyjemnością skorzystam z tego rozwiązania – podjęła natychmiast temat, po czym zarzuciła Bretona kolejnymi pytaniami. - Ile izb ma ta chata? Czy można się zamknąć od środka? Właściwie to z chęcią udam się tam od razu, żeby się odświeżyć. Czy będziesz tak uprzejmy panie i mnie zaprowadzisz?
Posiłek zdawał się niewiele interesować Cesarską w chwili obecnej.
#18
Napisano 02 July 2010 - 22:02
- Więc nie wiesz, co tutaj dokładnie się dzieje, bretonie? - zapytał, nie siląc się na żadne uprzejmości i chcąc wydusić coś więcej z bretona, niż to, co im powiedział w Leyawiin. Koniec końców przybyli na miejsce i powinno im się należeć coś więcej, oprócz nędznej wzmianki o dzikich bestiach z lasu.
#19
Napisano 03 July 2010 - 01:56
- Pójdę do domu drwali, może oni będą mieli coś więcej do powiedzenia. - w tym momencie zerknął wymownie na Bretona i uśmiechnął się przekornie.- Najpierw jednak muszę zapchać kichę, głód nie jest dobrym kompanem w pracy. - zakończył i skierował swoje kroki w stronę kuchni. Musiał coś przegryźć. Zawsze kiedy był głodny stawał się rozkojarzony i nerwowy, a przy tym zadaniu było to wielce niewskazane.
#20
Napisano 03 July 2010 - 14:51
- Dzisiaj została nam już tylko gotowana fasola. Spóźniliście się na frykasy – zakończył i postawił przed Cesarskim miskę parującego „czegoś” z dwiema solidnym pajdami żytniego chleba.
Młody Aulus prawdopodobnie powinien być bardziej zdziwiony tym, iż szarawa breja smakowała całkiem nieźle, niż rozmiarami obozu.
Isceenot miał rację, na wycince panowała nuda. Przynajmniej od czasu, kiedy administracja wprowadziła zakaz spożywania alkoholu, w nadziei, iż prohibicja choć trochę zmniejszy ilość fatalnych „wypadków”. Cesarski klucząc wokół obozu z początku nie zobaczył nic ciekawego. Pierwsze, na co trafił, to rząd zabudowanych ustępów, które ktoś przytomnie umiejscowił dalej od właściwego obozu, gdyż wydzielały zapach, który określić przykrym to za mało. Gdy Isceenot już miał zrezygnować z dalszych obchodów, w krzakach mniej więcej za budynkiem mieszkalnym drwali znalazł wygniecione miejsce, coś jakby legowisko albo kryjówkę. Mogło ono należeć do zwierza szalonego na tyle, by podchodzić tak blisko ludzkiej osady lub do wołu, który zapragnął odrobiny wolności i jakimś cudem wydostał się z zagrody. Mogło, jednak Cesarski na jednej z gałązek znalazł mały strzępek ciemnego materiału...
Milard na słowa Lhonny pokiwał głową. Spodziewał się, że kobieta nie zechce nocować we wspólnej noclegowni.
- Dwie... nieduże. Można się zamknąć od środka, jednak zamek jest trochę zardzewiały i czasami się zacina – nie patrząc na Lhonnę odpowiedział na jej pytania.
Słysząc natomiast natarczywe pytanie Fervardara pośpiesznie powiedział:
- Giną drwale, to się tu dzieje – po czym pośpiesznie zwrócił się do Lhonny – Jeżeli pani pozwoli, proszę za mną.
Szybkim krokiem ruszył w stronę chatki, tak spłoszony pytaniem Dunmera, że nawet nie zapytał Cesarskiej czy nie ma jakiegoś bagażu, z którym potrzebna by jej była pomoc.
Miejsce, w którym niegdyś pracował Val może i nic się nie zmieniło, jednak Bosmer nie spotkał nawet jednego znajomego. Praca na wycince była co najmniej niewdzięczna, toteż, jak sam Val zauważył, rotacje następowały często. Gdy usiadł niedaleko Gerharda, syn małomównego kucharza postawił przed nim taką samą porcję jak dostał Cesarski. Resztka drwali, którzy bez przekonania dziobali fasolkę metalowymi łyżkami, wymieniała znaczące uśmiechy i uwagi:
- Frykasy? Wczoraj fasola, dzisiaj fasola, jutro fasola, nie będę prorokiem jeżeli powiem, że za tydzień też dostaniemy fasolę – rzucił jeden z nich.
- (5 strony)
-
- 1
- 2
- 3
- →
- Ostatnia »

Logowanie
Rejestracja
Pomoc


Do góry
Cytuj


